„Co masz robić wiesz: smaż, gotuj, zmywaj, pierz, a przytul czasem też.”
Kiedy leży się z 38 stopniową gorączką w łóżku robić można niewiele. Czytać nie dawałam rady, bo bolała mnie głowa i oczy,a rozmawiać z siostrą podłączoną do netu nie dało się, raczyła mnie ona za to wegetariańskim żarciem, polecam w czasie anginy. Jedyna aktywność na jaką miałam siłę, to oglądanie telewizji. Można co prawda spróbować i bez oglądania, ale kto by zniósł gonitwę własnych myśli, zwłaszcza solidnie podgrzanych gorączką i dodatkowo rozżarzonych żalem, że się nie bierze udziału w warsztatach na które tyle się czekało...
Wracając do telewizji. Chłam, bylejakość, bezużyteczność, epitety można by mnożyć, ale to wszyscy wiedzą. Jednak, jeszcze raz powtarzam, wszystko jest lepsze od zostania sama na samą:-) Obejrzałam więc między innymi Taniec z gwiazdami. Nieznane mi gwiazdy tańczyły do muzyki polskich przebojów. Kto by pomyślał, że trafi się taka perełka – piosenka Andrzeja Zauchy, pt. „Bądź moim natchnieniem”
Bądź moim natchnieniem, Improwizacją kolorową rządź,
że świat zmienię przeświadczeniem. ekranizacją moich marzeń bądź.
Pięknem bądź, bo skąd mam je wziąć? Bądź grą gdzie, co los to fant,
Zły czas unieważnij, bądź listem na pozwę stąd.
daj blask mojej wyobraźni, Blondynką mi bądź niedużą
myślom mym bądź jak czuły rym. i moją wielką muzą.
Ja gram, śpiewam tworzę, Ja jestem facet co w saksofon dmie,
a ty hoże me nieborze, taką mam pracę nienajlżejszą, nie.
przy mnie siądź, Kłopoty mam w moll i w dur.
natchnieniem mym bądź. by niosły mnie swingu skrzydła,
by fraza mi nie brzydła.
Więc bądź moją muzą
bądź mi blondyneczką niedużą.
W skwar czy w deszcz
co robić masz wiesz.
Co masz robić wiesz:
smaż, gotuj, zmywaj, pierz,
a przytul czasem też.
Piosenka napisana bardzo zgrabnie, pięknym językiem, dowcipnie.
Dziś w dniu obchodów 90-lecia niepodległości zastanawiam, jak często podległość żon przyczynia się do sukcesów mężów. Szukać nie muszę daleko, przykład najbliższy, żona promotora mojej magisterki. Podobno świetnie zapowiadająca się filmoznawka, życie podporządkowane jednak mężowi teatrologowi.
A jeśli już pokusić się o dalekie szukanie, to czytam właśnie książkę o bardzo prywatnym życiu artystów (moim zdaniem angielski tytuł brzmiał bardziej zachęcająco: sex lives of the great artists).
Gauguin miał 5 małżeńskich dzieci z Dunką, ile zaś z Tahitankami tego chyba nawet on sam nie wiedział. Mette, jego żona, miała na tyle instynktu samozachowawczego (ochroniła się przed kilkoma groźnymi chorobami wenerycznymi), by w porę przeprowadzić się do rodzinnej Kopenhagi. Gauguin pojechał nawet za nią, ale: „jego talent artystyczny nie mógł się rozwinąć w okowach małżeńskiego życia. Doszedł do wniosku, że musi ją opuścić – domagał się tego jego geniusz.”
Czy geniusz okazałby się równie wymagający, gdyby to Gauguin urodził 5 dzieci?
Rubensa „los”;-) obdarzył 10 dzieci. Pierwsza piątka zrodziła się z jego małżeństwa z „dobrze budowaną” – jak pisze autor książki – Flamandką, Isabellę Brandt. Kolejną piątkę zaś powiła siostra jego kochanki – Helena Fourment. Kochanka wyszła za innego, więc 53-letni malarz zainteresował się jej 16-letnią siostrą. Ten zdecydowanie potrzebował muzy.
Czy Rubens dałby radę studiować u Tycjana w Wenecji, gdyby urok młodych o obfitych kształtach kobiet przyprawił go o prawie 10 letni okres ciąży?
Nie chcę tu pisać, że to wielka niesprawiedliwość, że mężczyźni nie rodzą dzieci (co i tak w duchu za takową uważam:-). Nie chcę też użalać się nad marną wiedzą na temat antykoncepcji ówczesnych artystów.
Interesuje mnie to, że za sukcesem prawie każdego z mężczyzn stoi kobieta odwalająca żmudną domowo-rodzicielską robotę. Czasem czeka na nią nagroda w postaci bycia dozgonną muzą, natchnieniem, pięknem, co daje blask wyobraźni. A czasem zapomnienie, choroba weneryczna, samotność.
Dlatego też każdej z żon tych wielkich należy się nie mniejszy pomnik, pamięć pokoleń, a nawet wpisy do wszelkich encyklopedii, leksykonów, syntez. Tym bardziej, że nigdy nie wiadomo na co się dobra żona jeszcze przyda.
Przykład Gombrowicz (oj, daleko mnie poniosło w rozważaniach) i jego żona Rita.
Gombrowicz, który niewątpliwie był szowinistą, miał homoseksualne przygody erotyczne i ani razu dobrze o kobietach się nie wypowiedział, u schyłku swojego życia jednak się ożenił. Opis łydki Młodziakówny, czy nawet naga Albertynka nie są nawet w połowie tak naładowane erotycznie jak pogoń za parobkiem w Ferdydurke. Gombrowicz zdecydowanie nie potrzebował muzy.
Chorym pisarzem, a potem jego spuścizną zajmuje się do dziś żona.
Pisarz wiedział, co robi, decydując się na ożenek. W Polsce najpierw zakazany, potem sam nie godził się na drukowanie swoich dzieł, stawiając warunek, że albo wszystkie albo nic. Bardziej znany i doceniany poza granicami naszego kraju, dobrze wiedział, że musi pozostawić komuś pieczę nad własnym dorobkiem. Któż by się do tego lepiej nadawał niż żona?
Postuluję zatem pomniki stawiać, epitafia pisać, pamięć po żonach święcić, a za życia dostrzegać jej talenty i namawiać na ich rozwijanie. A także doceniać, dopieszczać i nie zdradzać!
bo w partnerstwie przybywa
Dziecko było chore, więc siedzimy i nadganiamy, zwłaszcza matmę, bo trochę tej matematyki to każdy jednak powinien znać! Zaniedbamy sprawę i okaże się, że Córuch dołączy do szeregu "lostów" czyli uczniów bez wieści zagubionych w jakiejś matematycznej katastrofie, wywołanej fizyczną albo duchową nieobecnością na lekcji.
Ja w matematyce prawie zawsze byłam bardzo dobra. Jeśli chwilowo nie byłam, to znaczy że akurat byłam celująca. Świadomie i dobrowolnie zostałam jednak humanistką i miałam okazję pozdczas studiów poznać przeróżne ciekawe przypadki - od ciagnięcia matematyki równolegle do filologii polskiej, aż po tyleż wdzięcznie, co i nieudolne podszywające się pod dyskalkulię. Z tego co zauważyłam, najczęściej owe przypadki to klasyczne "losty". Niektórzy zagubili się dopiero w stereometrii, albo rachunku prawdopodobieństwa, inni przy pierwszych funkcjach, jeszcze innych wessało już na etapie pierwiastków, skrajne przypadki zaginęły z matświata przy nieprzemienności odejmowania.
Nie chcę, żeby moje dziecko dołączyło do "lostów" więc pilnuje i tłumaczę. W matmie trzeba rozumieć co się robi i momentalnie "widzieć" abstrakty - używam obrazów, gadżetów, a nawet rubasznych dowcipów. Dziś na osi oś. I przy okazji powtórka z nazewnictwa elementów działań matematycznych.
dodawanie? - składniki i suma
mnożenie? - czynniki i iloczyn
odejmowanie? - odjemna, odjemnik, różnica
dzielenie? - dzielna, dzielnik, iloraz
dodawanie i mnożenie przemienne, odejmowanie i dzielenie nieprzemienne
Nagle mnie oświeciło:
Słuchaj, to łatwo zapamiętać: w mnożeniu i dodawaniu składniki i czynniki są równorzędne niczym się nie różnią, są tak samo zdolne i mogą się wymieniać. I dlatego w tych działaniach PRZYBYWA, jest coraz więcej - no po prostu dobrze im się powodzi. A w dzieleniu i odejmowaniu jest coraz mniej i źle im się powodzi, bo mają wyznaczone sztywne miejsca i nie mogą się zamieniać!
Curóch się śmiał i potwierdzał.
Żeby to jeszcze w życiu było równie proste i logiczne...
cudzeski
Szperam, czytam, podpatruję. Cudzeskami Was częstuję:
Moje ostatnie hity:
Jak będziesz brudny, o tobie nikt nie powie, żeś flejtuch, tylko o twojej babie. - tak spuentowaną scenkę rodzajową podsłuchał Warszawiak na prowincji. Pełni smaku zakosztować można tu .
Ach, ten mój Filip! - powiada świeżo zakolegowana zdesperowana kura domowa, autorka dowcipnych tekstów i odjazdowych zdjęć. Ma ona u mnie na stałe przyznane polecenie w kategorii "ODJAZDY DOMOWE". Kto to Filip? Trzeba sprawdzić tu :) I przy okazji dowiedzieć się, że zostałam autorytetem kulinarnym. Ale jestem z siebie dumna!
Kolejny raz o Marii Peszek i "rosole z domowej kury", który z chwilą pojawienia się uznałyśmy za nasz hymn - na pełnym wypasie, z teledyskiem i socjologicznym komentarzem. Smacznego!
Idealny dom, mieszkanie marzeń
Wciąż rozmyślam o tym praniu... męczy mnie, w jaki sposób ułatwić sobie pracę... może perfekcyjna pani domu ma rację, mówiąc, że dom dobrze zorganizowany, gdzie wszystko ma swoje miejsce, oszczędza nam robienia wielu zbędnych czynności. Być może potrzebne są nam te wszystkie pojemniki, kosze, pudełka. Po pierwsze, dlatego że są ładne. Po drugie, użyteczne. Jedyny minus - zajmują dużo miejsca.
Często oglądając perfekcyjną mam ochotę zaprosić ją do nas, do Polski. Niech zmierzy się z M2, niech poupycha graty w 4 kątach kawalerki, niech rozmieści chociażby ubrania 4-osobowej rodziny w komodach, szafkach, szafach w 50m mieszkaniu.
Na tę naszą przestrzenną niemoc, jest sposób. Zapraszam do wymarzenia sobie idalnego domu/mieszkania!!!:-))))
Zaczynam.
Zdecydowanie wolałabym mieszkać w domu, najlepiej na wsi. Dom niech będzie parterowy. Nienawidzę odkurzać, myć schodów.
A w wielkiej pralni niech będą kosze na pranie: kosz na białe, osobny na czarne, kolejny na kolorowe, na rzeczy przeznaczone do czyszczenia chemicznego, itd.
Marzy mi się też wielka biblioteka z zamykanymi szklanymi drzwiczkami (kurz - zmora mojego prawdziwego mieszkania, w którym mam ok. 70 półek z książkami, wszystkie otwarte, na całych ścianach rozłożone. kiedy je ostatnio odkurzałam??? kiedy się tu wprowadziliśmy, czyli jakieś 10 lat temu:-)) i to nie tylko dlatego że jestem alergiczką;-)
Tak mi się przynajmniej wydaje, że szklane drzwiczki dobrze chronią od kurzu. Ma ktoś/ktosia zamykaną bibilotekę???
Poza tym w takiej bibliotece można sobie do woli stawiać bibielotów i oszczędzić im kontaktu z kurzem i sobie oczywiście roboty.
Koniecznie musiałabym mieć wielką garderobę. Wtedy moje oczy pasłyby się widokiem posegregowanych, równo powieszonych ubrań (można by się przestać martwić prasowaniem!) a! oczywiście deska do prasowania miałaby swoje miejsce, żeby nie trzeba jej było w kółku rozkładać, składać i wpychać za szafę.
W kuchni potrzebna byłaby tylko jedna książka:-) Nigelli Lawson! uwielbiam jej krótkie i proste przepisy. uff... to na szczęście mogę mieć już teraz.
hmmm... w tym idealnym domu musiałabym też zamieszkać z idealaną rodziną... facetem, który będzie chociażby potrafił segregować pranie i wrzucać je do odpowiednich koszy...
wykonalne? nie sądzę:-) Kiedyś na wieczorze panieńskim usłyszałam zabawną historyjkę o mężczyźnie "idealnym": na jednej z kolejnych randek mężczyzna zaprasza kobietę do swojego domu. Już od progu wita ją przestronny korytarz, prawie pusty, poza szafką na buty (w domu kawalera! sic!). W łazience kosmetyki poukładane według wielkości. W kuchni ani śladu okruszka. A na wewnętrznych drzwiach szafy katka zatytułowana: "plan szafy". I to ją ostatecznie dobiło:-))))
ile kosztuje praca domowa???
"Pytanie to, w tytule,
postawione tak śmiało,
choćby z największym bólem
rozwiązać by należało."
jak pisał Gałczyński.
W ostatnim numerze "Polityki" trafiłam na artykuł o Jerzym Waldorffie, który ponad 60 lat swojego życia spędził z Mieczysławem Jankowskim - tancerzem Teatru Wielkiego. Jankowski nie był ani bratem, ani kuzynem. Był przyjacielem, kochankiem, a także pod koniec życia Waldorffa pielęgniarzem, ponieważ wtedy Waldorff poruszał się tylko o kulach.
Poznali się przed wojną, zamieszkali razem zaraz po jej wybuchu. Już w 1959 r. Waldorff spisał testament, ustanawiając swoim spadkobiercą Jankowskiego. Po 30 latach dodał zapis: "Mieczysław Jankowski, nasz daleki powinowaty, (...) został przyjęty w Warszawie przez moją matkę za drugiego syna, a przeze mnie jako brata z wyboru. Odtąd idziemy razem przez życie, mieszkając, gospodarując wspólnie ponad pół wieku".
Prawo polskie nie uznaje i nie uznawało związków partnerskich. Waldorff martwił się, że po jego śmierci Jankowski nie dostanie nic z ich wspólnego dorobku. Dlatego też zdecydował się na jeszcze jeden krok. Postanowił ustalić i obliczyć, jaka suma należy się Jankowskiemu za „samodzielne prowadzenie domu”. W Polsce panowała w tamtych czasach inflacja (dolar stał się walutą porównawczą), dlatego poprosił on ambasadę USA o pomoc, czyli o podanie stawki wykwalifikowanej pomocy domowej. Okazało się, że w Ameryce taka osoba zarabiała wtedy 20 dol. za godzinę.
Waldorff uczynił kolejny zapisek w testamencie: „W tej sytuacji zapisu mojego w akcie notarialnym nie można traktować jako spadku na rzecz Mieczysława Jankowskiego, lecz jako częściową tylko spłatę długu, z tytułu jego należności za pracę w moim domu przez tak długi czas. Na co zwracam uwagę władz podatkowych!”